sobota, 16 lutego 2019

moja historia z barnevernet - cz. 5 (refleksja)

jakie są moje refleksje czy opinia dot. BV po tym doświadczeniu? 

1. spotkanie z BV było gwałtowne i trudne, ale tylko pierwszego dnia. powodem takiej procedury był temat zgłoszenia - zawsze kiedy dotyczy ono przemocy albo molestowania seksualnego, jednego dnia rozmawia się z dzieckiem, rodzicami/opiekun(k)ami i jedzie do domu. po wielu doświadczeniach związanych z historiami przemocy z Polski myślę sobie, że to jednak lepsze niż lekceważenie zgłoszeń, zamiatanie spraw pod dywan, przyzwolenie na wieloletnią przemoc. szkoła ma obowiązek zgłosić podejrzenie, nie może go oceniać, negocjować, rozważać. to rola BV. to jest bolesny proces, ale jeśli ma uratować dziewczynki i chłopców faktycznie doświadczających przemocy, to jestem gotowa ponieść ten koszt. 

2. wiem, że w BV zdarzały się nadużycia i błędy, o tym opowiadają historie z książki Czarneckiego, różne reportaże. nie wiem, jak jest naprawdę. z jednej strony czytam te historie i staram się im jakoś ufać, z drugiej - mam zawsze taką myśl, że nigdy nie znamy całego kontekstu. że ludzie, którzy opowiadają o sobie, nie mówią wszystkiego, co działo się w domu, bo się wstydzą, boją, bo nie chcą się tym dzielić. 

3. szkoda, że sytuacje przekazania opieki, czyli tzw. odbierania dzieci, dominują rozmowy o BV - wiele osób nie ma pojęcia, czym zajmuje się ten urząd, jakiego rodzaju wsparcia udziela, i że naprawdę dobro dziecka jest tu wartością nadrzędną. 

4. doradczyni opowiadała, że zabieranie dzieci jest sytuacją ostateczną i zwykle najpierw pracuje się z rodziną. doświadczyłam tego również wówczas, kiedy próbowałam pomoc 12-letniej Polce, która obawiała się rodziców. byłam z nią na spotkaniu w BV, gdzie już było otwarte dochodzenie związane z podejrzeniem molestowania ze strony ojca, i osoby pracujące w BV wcale nie były zainteresowane odbieraniem prawa do opieki rodzicom. wtedy byłam zła i bezsilna, bo wydawało mi się, że to chore. ale też nie mogły powiedzieć mi wielu rzeczy ze sprawy ze względu na tajemnicę zawodową, więc ufam, że wiedziały, co robią. ta sprawa dobrze się skończyła, jestem w kontakcie z dziewczynką.

5. kontekst polski - podobno konsul doradzał wszystkim, żeby uciekali z kraju. podobno. podobno nie wpuszczono go do polskiego dziecka, a prawo do kontaktu z konsulem mają wszyscy obywatele i obywatelki RP. podobno. wszyscy Polacy tutaj mają zdanie nt. BV, mnóstwo z nich mówi straszne rzeczy wyłącznie na podstawie plotek i mocnych reportaży. linia podziału przebiega wyraźnie wzdłuż prawicowo-lewicowej granicy wśród Polek i Polaków mieszkających w Norwegii. konsul był związany z Ordo Iuris. wśród przeciwników BV jest sporo narracji o "naszych polskich dzieciach". dużo hejtu, dużo bardzo ostrych sądów. w grupie lewicowej, kiedyś zawiązanej wokół KODu, i wśród osób, które poznałam przy okazji Czarnego Protestu, dominuje raczej podejście bliskie mojemu, poszukujące sprawdzonych informacji, uzasadnień, zachęcające do dialogu z BV. wydaje się, że to może mieć związek po prostu z podatnością na stereotypy i uprzedzenia narodowościowe, ale też z przekonaniami dotyczącymi rodziny, dzieci, patriotyzmu. jedyne rozwiązanie widzę w akcjach świadomościowych, w bezpośrednich spotkaniach. polityka BV jest taka, że nie komentuje spraw, zarzutów, historii. w efekcie plotki żyją własnym życiem i rosną w siłę. ludzie, którzy szukają informacji, trafiają właściwie wyłącznie na obraz, który ma straszyć. błędne koło. 

i jeszcze mój komentarz nt. ostatniego artykułu w Wyborczej - tam z kolei osoba opowiada, że była obserwowana, że zbierano wywiad na jej temat. uciekła, uprzedzając fakty. nie wiem, może. mój syn miał dziury w zębach i nikt z tego powodu nie informował służb, trochę nie chce mi się wierzyć, żeby taką akcję uruchamiał nalot na zębach. dzisiaj czytam, że wylał się na nią hejt. z tym też się nie zgadzam. chcę tylko powiedzieć, że strach i napięcie, które pojawia się, gdy BV zbliża się do naszych dzieci, jest trudno opisać. to nie oznacza, że coś im grozi. to oznacza, że jesteśmy tak utopieni w tej narracji, tak napakowani historiami o złym BV, że naprawdę trudno sobie wtedy radzić. i łatwo jest mówić takim rodzicom przykre rzeczy, jeśli mieszka się i żyje w innym kraju, jeśli nie odczuwa się takiego realnego strachu. 

koniec. 

moja historia z barnevernet - cz. 4

co dalej po dochodzeniu/badaniu sprawy? 

po zebraniu informacji ze wszystkich wspomnianych w poprzednim poście instytucji, i wyjaśnieniu, że jesteśmy dość zwyczajną rodziną, że zmagamy się z brakiem kasy, wyzwaniami na rynku pracy, oraz z tym, co niesie ze sobą wrodzona wrażliwość Maćka, a na dodatek z tym, co niesie ze sobą emigracja, uznano, że możemy potrzebować wsparcia i zaproponowano nam następujące rzeczy:

1. doradczyni rodzinna (familieveileder), która przychodziła do nas albo my do niej, z Maćkiem lub bez, i z którą konsultowaliśmy, co dzieje się z Maćkiem i jak można go wesprzeć, albo jak można wesprzeć nas w relacjach z nim. układaliśmy razem plan dnia, zasady dotyczące grania, odrabiania lekcji, aktywności fizycznej. nie ze wszystkim się zgadzałam, bo pojawiły się pomysły zbierania punktów za zachowanie, zgodziłam się taki pomysł wdrożyć tymczasowo, i umarł śmiercią naturalną. doradczyni była fajną osobą, indywidualizowała pomoc i była naprawdę wspierająca. 

2. wsparcie finansowe - opłacenie treningów piłki nożnej Maćka i kieszonkowe przez kilka miesięcy (200 koron tygodniowo, czyli taki pieniądz odpowiadający mniej więcej 20-30 zł - jeśli chodzi o wartość nabywczą). dostaliśmy też książeczkę z biletami wstępu do różnych muzeów i innych atrakcyjnych miejsc, do wykorzystania w całym 2018 roku. 

3. miejsce w grupie chłopięcej (guttegruppe) - to taka grupa, w której spotyka się 3-4 chłopców w podobnym wieku oraz 2 dorosłych, a cała aktywność polega na byciu razem i spędzaniu czasu w atrakcyjny sposób (sanki, kręgle, kino, gry komputerowe, łyżwy). dziecko jest odbierane ze szkoły i odprowadzane do domu. założenie jest takie, że dorośli mają pomagać, jeśli pojawią się jakieś konflikty czy trudne sytuacje, i że dziecko ma się socjalizować. niestety, mimo, że dorośli byli po prostu wspaniali, takie młode, dobre chłopaki z przygotowaniem i doświadczeniem w pracy z dziećmi, to Maciek wykazywał umiarkowany entuzjazm, chyba trochę się obawiał tego chodzenia z obcymi, a trochę mówił, że nudno... nie wiadomo. ale koncept bardzo mi się spodobał. 

4. kurs ICDP - International Child Development Programme - to bardzo popularny tutaj kurs umiejętności wychowawczych dla rodziców, składający się z 8-9 spotkań prowadzonych przez 2-3 osoby. podobno jedna z nich musi zawsze pochodzić spoza Norwegii. w naszym kursie to były 3 osoby, które jednocześnie pracują w BV, choć to nie jest reguła. koncepcja bardzo bliska bliskościowemu podejściu do dzieci, skoncentrowana na budowaniu relacji z dzieckiem. fajna rzecz i dobry trening językowy. trochę gorzki był fakt, że w naszej grupie na kursie były wyłącznie osoby spoza Norwegii, imigrantki i imigranci, wszyscy z otwartą sprawą w BV. i nawet w którymś momencie ktoś to głośno powiedział. ale tu w sukurs idą statystyki, które pokazują, że również Norwegowie i Norweżki mają sprawy w BV. 

tyle pomocy, przyznacie sami, że nic strasznego :) 
w międzyczasie spotykaliśmy się regularnie, żeby sprawdzać postępy, weryfikować działania, ewaluować, rozmawiać razem z naszymi terapeutami (wspominałam o tym w pierwszym poście nt. BV, oni są z innej instytucji, BUP - poliklinika psychiatrii dzieci i młodzieży). 

sprawa została zamknięta po roku, w czerwcu 2018 roku. 
doradczyni rodzinna powiedziała, że tak naprawdę nigdy nie powinniśmy tam trafić. 
no ale stało się... cieszę się, że mamy to za sobą, że wiem, jak działa ta instytucja, że znam już kilka osób, które tam pracują. 

już się prawie nie boję. 
ale ten niepokój trochę zostaje w człowieku, taki mały drucik, który zaczyna się żarzyć, jak tylko dostanie paliwo w postaci artykułu czy pytania o BV. kocham Norwegię i kocham to, w jaki sposób pracuje się tutaj z dziećmi. czasem myślę o powrocie do Polski, ale nie chcę przenieść Maćka z norweskiej do polskiej szkoły, bo tu jest naprawdę dużo łatwiej, zwłaszcza dzieciom, które generalnie mają trudniej. 

nie umiem jednak wyjąć, rozpuścić, zlikwidować drucika.  

część 5. tutaj

moja historia z barnevernet - cz. 3

a potem nadchodzi poniedziałek. TEN poniedziałek. 

o 12:00 odbieram telefon od S. prowadzącego naszą sprawę. prosi, żebysmy oboje byli u niego o 13:00. jestem trochę spięta, ale mówię, że spoko, że dzwoniłam. a on na to, że tak, że wie, i że wspaniale. 
ale sytuacja jest taka, że ze szkoły przyszły dwa zgłoszenia, jedno 3 tygodnie temu, drugie teraz. że ja wiem tylko o tym drugim zgłoszeniu, ponieważ pierwsze dotyczyło przemocy, i dlatego BV doradziło szkole nieinformowanie nas. S. mówi też, że już byli dzisiaj w szkole i rozmawiali z Maćkiem, a teraz chcą porozmawiać z nami, najpierw ze mną, potem z mężem, i czy możemy być za godzinę. i czy potrzebujemy tłumacza. 

jak się domyślacie, ugięły się pode mną nogi. zrobiło mi się niedobrze, słabo, gorąco, i dostałam mentalnego zawału. cała moja racjonalność, wykształcenie, zdrowy rozsądek zniknęły w sekundę, zamiast tego pojawił się dziki, zwierzęcy wręcz strach o dzieci. Łukasz próbował mnie uspokajać, tłumaczyć, że spoko, że będzie dobrze, ale ja byłam absolutnie przerażona. chciałam wsiąść w auto, odebrać dzieci i SPIERDALAĆ. uciekać gdzie pieprz rośnie. wiać. ukryć się. nie wiedziałam, o co chodzi, przerażało mnie słowo "przemoc", myślałam o każdym razie, kiedy zachowałam się wobec Maćka gwałtowniej niż chciałam, kiedy nie spełniałam wyśrubowanych norweskich standardów. 

jedziemy. wchodzę na spotkanie, tłumaczka jest przez telefon, który leży na stole. jest też woda i chusteczki. naprzeciwko mnie siedzi S., mężczyzna w średnim wieku, za moimi plecami, przy komputerze, Ch., kobieta, trochę ode mnie młodsza. ona uśmiecha się pokrzepiająco, mężczyzna jest dość surowy i poważny. 

trzesę się w środku. najgorsze jet to, że nikt na początku tego spotkania nie mówi "spokojnie, nie zabieramy twoich dzieci". na taką informację, nie wprost, przyjdzie mi czekać ok. godziny. dowiaduję się, że pierwsze zgłoszenie dotyczy podejrzenia przemocy Łukasza wobec mnie (wtedy już pozwalam sobie na głębszy oddech, bo wiem, że nie chodzi o przemoc wobec dzieci, tzn. nie bezpośrednią). okazuje się, że Maciek powiedział w szkole, że:
1. tato rzucał nożem w kuchni,
2. tato wyrzucił krzesło przez okno,
3. tato często krzyczy na mamę. 

jestem proszona o potwierdzenie. rzucanie nożem w kuchni owszem, w złości, nóż rzucony na blat. żadne noże w powietrzu nie latają i nie stanowią zagrożenia, ale rozumiem, że to brzmi groźnie. nie, tato nie wyrzucił krzesła przez okno. S. potwierdza, że Maciek również wycofał się z tego pomysłu. dowiaduję się, że takie zachowania są w Norwegii klasyfikowane jako tzw. przemoc materialna, czyli stwarzanie poczucia zagrożenia przez niszczenie przedmiotów. bo ja, jako feministka, cały czas jestem oczywiście też na metapoziomie i analizuję to, co się dzieje, z perspektywy pomagaczki i działaczki na rzecz praw kobiet. 

co do krzyków, chodzi raczej o kłótnie, o to, jak wyrażamy emocje, o to, jak mąż reaguje, kiedy mu się coś nie podoba. cała rozmowa odbywa się tak, że analizujemy oba zgłoszenia szkoły razem, ja jestem w roli osoby, która być może doświadczyła przemocy, i być może potrzebuje pomocy. rozmowa jest długa, dokładna, dużo płaczę (potem zobaczę, że w każdym pokoju w BV stoi pudełko chusteczek i że opowieści o stalowych nerwach to bzdura). jestem też pytana o samopoczucie, o strach, mówię wprost o stereotypach nt. barnevernet. S. mówi, że rozumie, że to jest zawsze trudne spotkanie dla rodziców, bez względu na to, czy pochodzą z Norwegii, czy spoza niej, że to jest ok, czuć się przerażoną.
moje ulubione z niej wspomnienie jest takie, że słyszę upragnione słowa "teraz porozmawiamy z mężem, potem odbierzecie dzieci i po południu przyjedziemy na chwilę do was do domu, głównie po to, żeby zobaczyć Igę, młodszą siostrę". ULGA. wielka ulga. wiem, że to dopiero początek, ale boję się już trochę mniej. 

po rozmowie z Łukaszem rozmawiamy jeszcze wszyscy razem i dowiadujemy się, że:
- następnego dnia mamy spotkanie w szkole jako placówce, która zgłosiła zaniepokojenie,
- BV ma teraz 3 miesiące na przeprowadzenie badania/dochodzenia w naszej sprawie,
- będą spotykać się z nami, przyjdą do domu, chcą też jeszcze pogadać z Maćkiem,
- chcą zebrać informacje na nasz temt i dlatego proszą o wyrażenie zgody na wysłanie zapytań o informacje do takich instytucji: szkoła (wychowawczni, pedagożka szkolna, pielęgniarka szkolna), przedszkole Igi, lekarz rodzinny, policja, pogotowie, pogotowie urazowe. nie mamy nic do ukrycia, więc zgadzamy się na wszystko. jak widać, wywiad jest dość obszerny. 

mówimy sobie "do zobaczenia" i jedziemy po dzieci. to znaczy ja, bo Łukasz jedzie sprzątać chatę, która nie wygląda zbyt reprezentatywnie. 

przysięgam, to był NAJGORSZY DZIEŃ W MOIM ŻYCIU. nigdy się tak nie bałam. nigdy. 
i najmilsze odbieranie dzieci, jakie mi się przydarzyło. 

faktycznie S. i Ch. przyjeżdżają do nas koło 18:00, prowadzimy small talk przez 15 minut, zagadują do Maćka, widzą Igę. odjeżdżają. widzimy się jutro w szkole. nie lustrują mieszkania, nie oglądają wszystkich pokoi, nie mają formularzy i notesów, zachowują się przyjaźnie. 

WTOREK
spotykamy się w szkole. jest dyrektorka, jej zastępczyni (która jest odpowiedzialna za takie sprawy i będziemy się sporo spotykać), wychowawczyni, pielęgniarka (helsesøster, to taka funkcja łącząca pracę medyczną i pedagogiczną, bo pracuje z dziećmi też nad emocjami), pedagożka/nauczycielka socjalna (sosial lærer), tłumaczka. 

jeszcze raz omawiamy zgłoszenia, znowu dużo płaczę. mam duże poczucie niesprawiedliwości, bo mamy za sobą długą historię rozmów o zachowaniu Maćka, bo to ja walczyłam o to, żeby Maciek został skierowany na terapię, bo jestem mamą, która naprawdę angażuje się w życie swojego dziecka. to podkreślają też osoby ze szkoły, i to zdecydowanie świadczy na moją/naszą korzyść. wszystkie osoby ze szkoły podkreślają to samo, i mówią, że w sytuacji, kiedy dziecko opowiada coś, co może wskazywać na przemoc w rodzinie, szkoła ma obowiązek zareagować i zgłosić to do barnevernet. bez względu na to, czy lubi daną rodzinę, czy ma z nimi kontakt, czy uważa ich za dobrych rodziców. ponownie rozmawiamy o tym, co będzie dalej. 

CZWARTEK
godzinna wizyta S. i Ch. u nas w domu, to obserwacja (uczestnicząca) naszego życia domowego, toczy się w kuchni, przy kawie, bo robimy obiad, trochę w pokoju. bardzo nieformalna i przyjazna sytuacja, trochę opowieści, trochę żartów, mało rozmowy o meritum sprawy. 

KOLEJNE TRZY MIESIĄCE
kilka spotkań w biurze BV, wspólnie z Maćkiem, Maciek sam (krótko, bo nie chciał z nimi gadać, my nie rozmawialiśmy z nim, żeby coś mówił albo nie mówił, żadnego przygotowywania do rozmów). względny spokój i normalne życie. 

SIERPIEŃ
zamknięcie dochodzenia/badania, podsumowanie, raport, oferta wsparcia - szczegóły później. zamknięcie sprawy Igi (która z automatu miała otwartą sprawę jako nasze drugie dziecko), kontynuacja sprawy Maćka poprzez udzielone wsparcie. 

część 4. tutaj

moja historia z barnevernet - cz. 2

no więc nadchodzi wiosna 2017 roku.


kontekst jest taki, że przez prawie 2 miesiące jestem sama z dziećmi w Norwegii, bo mąż/tata w Polsce w związku z budową foodtrucka. jestem w słabej formie - nie mam pracy, nie mam kasy, nie mam skąd pożyczyć, muszę załatwiać ten słynny socjal, żeby kupić jedzenie i opłacić mieszkanie, i to jest bardzo upokarzający proces. 
do tego Maciek szaleje, szkoła sygnalizuje, że jest trudno, aż w końcu dzwoni dyrektorka i zaprasza na rozmowę. 
na tej rozmowie dowiaduję się, że szkoła rozważa zgłoszenie do barnevernet, ponieważ Maciek ma się słabo, wchodzi w konflikty, złości się, oraz czy ja wiem, że on stłukł okno w szkole. nie wiem. to wydarzyło się w weekend, kiedy bawił się na dworze z kolegą. to, co niepokoi dyrektorkę, to fakt, że nie chciał się przyznać, że kilka razy kłamał, że to nie on. okazuje się, że ktoś to widział, że wezwano policję, choć chłopcy uciekli. Maciek powiedział dyrektorce, że rzucił cegłą w okienko, bo kolega powiedział mu, że jeśli tego nie zrobi, to ten się wyprowadzi i Maciek nie będzie mógł go odwiedzać, i już nie będą przyjaciółmi itp. syn tę historię potem wielokrotnie powtarza, więc mu wierzę. jest zdruzgotany, kompletnie nie rozumie, dlaczego to ma być jego odpowiedzialność, skoro został tak zaszantażowany, skoro uważa, że nie miał innego wyjścia. mnie pęka serce, pierwszy raz, kiedy słyszę tę historię i myślę o tym 8-letnim chłopcu, który walczy o akceptację. drugi raz, kiedy słyszę dyrektorkę, która opowiada mi, jak to tłumaczyła Maćkowi, że przecież ten drugi chłopiec nie może mu grozić, nie jest od niego większy i Maciek nie musi się go bać. nie rozumiem, dlaczego ona nie słyszy i nie rozumie, że chodziło o szantaż emocjonalny, o przyjaźń, o przynależność, o całą masę psychologicznych rzeczy, zdeprywowanych potrzeb. 
w każdym razie dyrektorka sugeruje, że może lepiej, żebyśmy zgłosili się tam sami jako ktoś, kto potrzebuje pomocy, to może być lepiej widziane. dodam, że jesteśmy od 8 miesięcy w terapii rodzinnej z powodu złości Maćka (terapii, o którą musiałam naprawdę mocno walczyć, bo szkoła się trochę bujała w tym temacie, a musiała wystawić skierowanie). próbuję argumentować, że nad tym pracujemy, ale jestem słaba, zapłakana, cholernie wtedy samotna. trochę opowiadam, jak jest w domu, no ale jest ciężko, więc trudno opowiadać jakieś dobre rzeczy. ustalam z dyrektorką, że się zastanowię i odezwę. 
przez cały czas w czasie tej rozmowy czuję życzliwość, oprócz tego jednego kawałka, kiedy mam żal, że Maciek i jego intencje zostały opacznie zrozumiane, jest naprawdę ok. nie czuję się ani sprawdzana, ani testowana, czuję się bezpiecznie również płacząc i mówiąc, że mi trudno (piszę to, bo wiem, że krąży taki mit, że rodzice muszą mieć stalowe nerwy, kiedy mowa o BV). 

następuje kilka dni, kiedy zbieram informacje, wtedy trafiam do grupy na fb, która mnie totalnie przeraża. wyłuskuję polską psycholożkę, która pisze rozsądne rzeczy, i rozmawiam z nią do północy, czytam stronę BV, choć rozumiem piąte przez jedenaste, proszę przyjaciółkę o pomoc, sprawdzam, szukam. to jest bardzo trudny moment, ponieważ internet, zwłaszcza po polsku, jest pełen szlamu na temat tej instytucji. a oddech BV na plecach powoduje, że staję się wyjątkowo na to wszystko podatna. 

jedno jest pewne, muszę być racjonalna i współpracująca, co zresztą leży w mojej naturze w takich sprawach. po kilku dniach wracam do szkoły i mówię, że ok, zgłosimy się po pomoc. wtedy dyrektorka mówi, że oni zdecydowali się nie czekać, i że wysłali zawiadomienie o zaniepokojeniu (bekymringsmelding). trochę jestem zła, że nie poczekali, ale ok, idziemy dalej. dyrektorka pyta, czy mąż już wrócił, i mówi, że spokojnie, oni się teraz odezwą, albo ja mogę zadzwonić. 

dzwonię zatem do BV i opowiadam, że miałam się kontaktować, ale że w międzyczasie szkoła wysłała zawiadomienie, dowiaduję się, że sprawę prowadzi S. i że go nie ma. umawiamy się, że osoba przekaże wiadomość, że dzwoniłam.

to środa, w piątek wreszcie wraca mąż/tata, więc już jestem trochę mniej sama. 
a w poniedziałek...

część 3. tutaj

moja historia z barnevernet - cz. 1.

zbierałam się do napisania tej historii, a może herstorii dwa lata. bo to trudna i smutna rzecz, a przynajmniej tak się zaczęła. bo nie wiedziałam, ile chcę i mogę ujawnić w internecie. bo w międzyczasie zbierałam doświadczenia i informacje o działaniach słynnego barnevernet (dalej BV), czyli norweskiego Urzędu ds. Ochrony Dzieci. 

ostatnio sprawa znowu nabrzmiała. wydalenie polskiego konsula w Oslo, a w tle jego działania związane ze sprawami polskich rodziców w BV. reportaż w rzeszowskiej Wyborczej, a dzisiaj artykuł o hejcie, jaki spadł na jego bohaterkę. demonstracje w obronie konsula, komentarze, spotkania Polonii wokół BV, na które zaproszenia pełne są słów takich jak "donos" czy "panika". dlatego postanowiłam opowiedzieć swoją historię. jednak wcześniej trochę didaskaliów. 

nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o BV, pewnie - jak spora część Polek i Polaków - przy okazji reportażu o tym, jak to detektyw Rutkowski odbił 9-latkę z rąk rodziny zastępczej i oddał kochającej rodzinie. kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Norwegii, pojawiło się sporo pytań w stylu "a nie boicie się tych ich służb socjalnych?", "a nie boicie się, że wam zabiorą dzieci?". nie baliśmy się. 

im dłużej jednak mieszkałam w Norwegii, im więcej kontaktu miałam z polonijnymi grupami, forami, tym większy niepokój we mnie rósł. wiecie, człowiek jest wykształcony i racjonalny, chce wierzyć, że w tym demokratycznym kraju o wysokich standardach w zakresie ochrony praw człowieka nic mu/jej nie grozi, że wszystko da się wyjaśnić. a jednak ciągle docierały do mnie jakieś podłe historie. a to protest przeciwko pracownikom BV. a to reportaż w Wyborczej, jak to polska rodzina wiała z Norwegii, udając że wyjeżdża na wakacje. a to książka "Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" Macieja Czarneckiego, która opowiada kilka historii, w ogóle nie uspokajających (w niej również ten reportaż). a to psycholożka spotkana na lotnisku, która wspiera polskie rodziny przy Ambasadzie RP, ze strasznymi historiami jak z rękawa. a to grupa na fb "Moje doświadczenia z BV", w której obowiązuje narracja "niewinni Polacy, złe państwo norweskie, BV to potwory" i z której osoby próbujące rozpocząć rzeczową dyskusję po prostu wylatują. a to artykuł o spotkaniu BV z Polkami i Polakami, podczas którego przedstawicielka BV chciała przeprowadzić prezentację, a uczestnicy spotkania domagali się PRAWDY. i jeszcze film "Obce niebo" Dariusza Gajewskiego, co prawda o Szwecji, ale przerażający. to może być bardzo ciekawe poznawczo, intelektualnie, jeśli nie mieszka się w tym kraju. a ja tu mieszkałam. miałam najpierw jedno, potem dwoje dzieci. na początku nie znałam języka. a co gorsza, Maciek zaczął mieć problemy ze złością, kontrolą impulsów, co powodowało, że miałam poczucie, że ktoś może uznać, że sobie nie radzę. no więc nadal starałam się być spokojna, racjonalna, wierzyć w państwo. ale tych historii było zbyt wiele. i żadnej przeciwwagi. żadnych dobrych historii. mój mózg matki nie był w stanie obronić się wtedy przed niepokojem. pamiętam, jak siedziałam na podłodze w domu przyjaciółki i płakałam, że boję się BV, że boję się, że w końcu się nami zainteresują. ze mną siedziały dwie wykształcone, inteligentne dziewczyny i podawały mi kolejne argumenty, dlaczego nie trzeba się bać, dlaczego to nieracjonalne. znałam je. wielokrotnie powtarzałam. ale nie były w stanie mnie przekonać. nie byłam w stanie przekonać sama siebie. nawet teraz, kiedy piszę te słowa, trochę brakuje mi tchu, bo nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego strachu o to, że ktoś zabierze moje dzieci. 

taki był background. i z nim weszłam w wiosnę 2017 roku, kiedy nagle spotkanie z BV okazało się być całkiem realne... 

część 2. tutaj

niedziela, 10 lutego 2019

norweski Dzień Mamy

dziś Dzień Mamy w Norwegii. nie obchodzę, bo jednak wolę ten majowy, ciepły. piszę, bo mam dzisiaj duuużo dobrej energii i postanowiłam się podzielić. 

źródła energii:
* córka - niesamowita dziewczyna. 3 tygodnie temu obchodziłyśmy 4. urodziny. słoneczna, uśmiechnięta, cudna Osoba. bardzo mi jest dobrze w tej relacji. mówi prześmieszne rzeczy i rozświetla moje dni. zachwyca się drobiazgami. mówi "mamo, jeśteś taka piękna", kiedy wyglądam jak... przytula się dużo. 

"mamo, nie mogę uwiezić, jak to mydło pięknie pachnie!" (to przy myciu rąk nowym mydłem)

"Iga wchodzi do kuchni. 
Ja: jak życie?
Iga: śkońciło się.
ja: życie się skończyło?
Iga (w zamyśleniu): zicie się śkońciło... nie! mamo, nie źicie! bajka się śkońciła!"

"w sklepie:
ja: patrz, nie ma kefiru!
Iga: ale bezsens!"

*syn - niezwykły zwykły chłopak. ostatnio u nas lepiej, więc napiszę. po pierwsze, osoba zaskoczyła wreszcie, że zadania domowe to przykry obowiązek i lepie szybko mieć je z głowy, i sama planuje, kiedy je zrobić. chce grać albo iść do kolegi, więc po powrocie ze szkoły rzuca się na książki i tableta (dziękuję Ci, norweska szkoło, za zrozumienie, że w tym cyfrowym świecie część zadań trzeba przenieść do wirtualnej rzeczywistości, bo tylko wtedy rodzice przeżyją do końca postawówki). po drugie, dzisiaj dotarło do mnie, że osoba znacznie mniej bije, i że to już śladowy problem, naprawdę. coś, co mnie totalnie rozwalało. po trzecie, osoba nastawia sobie budzik, żeby pograć 40 minut przed szkołą, co powoduje, że jest w dobrym humorze, oraz unikamy sytuacji budzenia, groźnej dla życia i zdrowia. po trzecie, Maciek też mówi czasem śmieszne rzeczy:

"ja też nie chcę banana. banany nie pasują do jogurtów, zwłaszcza waniliowych. one są tak egoistycznie waniliowe."

"bo pająki mają taki przywyk, że czekają na ofiary po całym dniu (...) takie małe, a robią taką krzywdę jak kulka gazowa (...) albo atomówka... bomba atomowa, bo ona ma takie jadowite odpary."

*różne moje plany życiowe, zawodowe, aktywistyczne... jeszcze zbieram siły, szykują się duże zmiany. mam nadzieję, że wszystko mi się uda, a kosmos będzie mi sprzyjał. taki plan! trzymajcie kciuki!

czwartek, 10 stycznia 2019

o słodkich dzieciaczkach

znowu trafił mi się tydzień, w którym ogarniam dzieci w dwa poranki i wszystkie popołudnia/wieczory. znowu bardzo boleśnie doświadczam, jak bardzo specjalny jest mój 9-latek. bo może to zabawnie brzmi, kiedy się napisze, jak to dzieci, hahaha, chcą tylko oglądać bajki i jeść czekoladę, ale jednak to jest potwornie męczące. i czasami nie mam już siły. zwłaszcza, że w tle są różne zawodowe i prywatne zmiany i zagrożenia. 

czasem mam ochotę uciec. uciec od osoby, która między godziną 7 rano a 21 wieczorem komunikuje się ze mną tonem dalekim od łagodnego tudzież neutralnego. łagodnieje o 21, wraz ze słowami "mamo, a położysz się ze mną". posiniaczona, obita werbalnie (a czasem niestety niewerbalnie), podkurwiona, naprawdę nie mam ochoty. nie potrafię tego wszystkiego przełknąć i być kochaną, głaszczącą mamą. nie daję rady z tymi wszystkimi "nie", z niekończącym się negocjowaniem, z totalnym brakiem reakcji na moje prośby, odwoływanie się do ustaleń, rutyn. ta osoba jest ciągle wściekła. i komunikuje to "jestem wściekły". w czasie budzenia warczy. potem chce mieć władzę, kontrolę, decydować. nie i nie. i nie mów do mnie. i czy mam cię walnąć, albo czy chcesz dostać. 

terapia pomaga tylko troszeczkę, tylko okresowo. terapeuta nam pokazuje, jak to dziecko potrafi spokojnie siedzieć, jeśli gra na telefonie. a i tak jest w rozmowie. no otóż nie. mam to totalnie w nosie, że on siedzi spokojnie, bo jego głowa jest zupełnie gdzie indziej. i że może punkty za dobre zachowanie, i nagrody. zgroza. i niby jakieś formularze w sprawie dalszej diagnozy wypełnialiśmy, ale nic nie mówią. a ostatnio całą moją uwagę pochłonęła beznadziejna tłumaczka i zapomniałam zapytać. 

wpieniają mnie te ekrany, te wszystkie wynalazki, plejstejszyn, tablety, komórki, te pierdoły na jutubie, którymi zachwycają się 9-latki. to, że dzieci, przyzwyczajone do jutubparty, no i generalnie do puszczania z jutuba tego, co się chce, mają totalny problem z słuchaniem muzyki uszami, one muszą patrzeć. albo "gupia mama". wkurza mnie, że dwóch 9-latków, którzy są w domu, nie potrafi bawić się inaczej niż przy grze. jeśli uda się wypchnąć ich na dwór, dają radę. ale czasem opór jest ponad moje siły. a czasem szybko wracają. i wiem, że inne 9-latki też tak mają, i to jest przerażające. 

wkurza mnie moje zmęczenie, które po pracy w przedszkolach, z dziećmi, którym jest naprawdę trudno, po odbieraniu, zakupach, karmieniu, jest obezwładniające. o 18 chcę się trochę zregenerować, i nie mam siły się bawić. dzieci chętnie obejrzą bajkę. zwykle wtedy zasypiam, a budzą mnie potworne wyrzuty sumienia znowu. zresztą one (dzieci, nie wyrzuty) po wejściu do domu pytają o granie, oglądanie, często jeszcze w butach. to znak czasów? czy coś spieprzyłam?  

wkurza mnie to, że dzieci w weekend wstają o 7 rano, bo ja lubię pospać, bo bardzo potrzebuję regeneracji. no to bajki albo gry. no ale wtedy wyrzuty sumienia. oraz przecież między 7 a 10, to już są 3 godziny, zatem zgroza oraz alarm. i już nie wiem, czy wkurw dziecka jest taki zwykły, jego, czy od ekranów, czy z powodu braku dostępu. powinnam o 7 rano wstawać i robić całodniowy wypad w góry, ale po prostu nie mam siły. 

wkurza mnie, że nie potrafię chwilowo wdrażać ani Pozytywnej Dyscypliny, ani specjalnie Self-Reg, bo ciągle jadę na oparach. na przykład ważną metodą jest plan dnia, ale koniecznie trzeba go zrobić z dzieckiem, a mnie nie udało się dziecka do tego zmobilizować. mimo kilku prób. 

wiem mnóstwo o rodzicielstwie, o wadze regeneracji, o stresorach, o dzieleniu się obowiązkami, o zasadach, o zgodzie między rodzicami w kwestii wychowania. 
i nie umiem wdrażać. nie przy tak niezwykłym dziecku.
mój dom to poligon, walka, tarcia, krzyki, warczenie. 
szantażuję i liczę do 10. często nie jestem w stanie inaczej wysłać dziecka pod prysznic, do zębów, przerwać szaleństwa. omc 4-latka w efekcie chodzi bardzo późno spać, ponieważ 9-latek, skacze, krzyczy, gwiżdże, nuci, straszy, zaczepia, albo po prostu odmawia wyjścia z jej pokoju, bardzo głośno, bo "wczoraj mamo też z nią leżałaś, a ja się czuję wtedy taki nieważny albo niewidzialny". super, dobij mnie. podobnie jak tekstem "bo ty ciągle, mamo, masz do mnie pretensje i mówisz, że robię źle" - na zakończenie popołudniowieczoru, kiedy odmówił wszystkiego, przysięgam, wszystkiego, o co poprosiłam. no ale tak się czuje. słabe to.

wkurza mnie, że każde wyjście między ludzi, odwiedziny w Polsce, wizyty w zakładach pracy, to potworny stres. bo jego aktywność, złość, żądania są dla mnie często nie do opanowania. bo jest bardzo głośny. bo jak tylko poczuje się bezpiecznie, zaczyna skakać po kanapach i biegać. bo ma wtedy totalną odcinkę i obłęd w oczach. bo ludzie mówią, że rozumieją, ale i tak oceniają. albo reagują nie wprost. 

eh, no i tak. dzieci. polecam. nigdy nie wiadomo, co się trafi. 

sobota, 15 grudnia 2018

chorowanie matki, czyli wielkie oszustwo

ostatni tydzień to moja choroba. osoba chora powinna, jak wiadomo, wyleżeć. od kiedy jestem w Norwegii, przyjęłam norweską filozofię, zarzuciłam wszystkie leki poza imbirem, cytryną, miodem, czosnkiem. no więc próbuję leżeć. ale, ale... przecież nie przestaję być matką, o nie. 

poniedziałek: wstaję o 6:30, budzę, ubieram, karmię, szykuję zapasy, popędzam, odwożę do placówek. leżę.

wtorek: wstaję o 6:30, razem budzimy, ubieramy, karmimy itp. w okolicach 8-9 mąż odwozi. o 13 zabieram się za pieczenie ciasta na spotkanie klasowe w 4c. o 16 lecę po dziecko młodsze, lecimy razem z ciastem do dziecka starszego, wcześniej, bo koniecznie sam chciał dekorować. to ciasto ono. potem występy, tańce, ciasta, soki, i razem z bólem brzucha już o 18:30 jesteśmy w domu. procedura wieczorna, tata w pracy. od 22 mogę znowu chorować. 

środa: wstaję o 6:30, cherlając coraz bardziej, budzimy, ubieramy, karmimy, na 10 do lekarki, gdzie opóźnienie prawie 40-minutowe. ale co tam, mam czas, jestem chora. wracam, trochę choruję, tak do 15:30, kiedy już mogę się ubrać i odbierać dzieci. no i ogarniać całe popołudnie i wieczór, spoko. 

czwartek: wstaję o 6:30... tata odwozi, od 10 nawiguję, bo Santa Lucia (czyli Dzień Św. Łucji), a biedne dziecko nie ma nic białego w garderobie. no więc tata w sklepie, robimy zakupy przez telefon. potem chwilę choruję. o 14:30 zbieram się i jadę po starsze dziecko, a potem do przedszkola na obchody rzeczonego święta, i żeby zobaczyć, jak moje dziecko idzie w pochodzie, w drugiej części płacze, a ja nie wiem dlaczego. za to ciuszki ma prawie białe (nie licząc tej błękitnej spódniczki z tiulu z kolorowymi pomponikami - brawo tata!). no więc jemy lussekatter, czyli tradycyjne szafranowe ciasteczka, pierniki, szalejemy, wracamy do domu. w okolicach 19 młodsze dziecko, które walczy z odpieluchowaniem, sika do do ogromnego pudła z zabawkami, więc do 21:30 kąpię, myję i piorę. dzieci i zabawki. a potem już mogę chorować. 

piątek: wstaję o 6:30. strasznie mi się nie chce, jakoś to chorowanie w ogóle nie wychodzi. starsze dziecko idzie do szkoły samo, młodsze trzeba znowu zaprowadzić. -9. potem trochę pochoruję, a co. 

ja nie wiem, te dzieci nic nie rozumieją. żeby mamusi herbatkę podać albo coś. 
i co to w ogóle za chorowanie i leżenie? to jest jedno wielkie oszustwo.

a jak u Was? 

poniedziałek, 10 grudnia 2018

nieidealna

lubię ten koncept. nieidealności. 
dopóki chodzi o ludzi. a najlepiej o rodziców, jeszcze lepiej o matki. 
niestety, dzisiaj kontekst będzie inny. 
o Norwegii. 

od roku pracuję jako pedagożka wspierająca. z dziećmi ze specjalnymi potrzebami, które chodzą do publicznych i prywatnych przedszkoli (właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy opisywałam tę pracę jakoś bardziej kiedykolwiek, sprawdzę).

no i właśnie, kiedy już poczułam się nieco bezpiecznie, mimo, że to już trzeci kontrakt na kilka miesięcy, kiedy zobaczyłam, że tak dużo tych dzieci, że mi dobrze idzie, że super robota, właśnie teraz dowiedziałam się, że miasto oszczędza, dzielnica oszczędza, na czym by tu przyoszczędzić, a no to może na dzieciach. a najlepiej na dzieciach ze specjalnymi potrzebami, skoro na tych zdrowych się nie da. 

nie wiem, jaki jest szeroki kontekst tych oszczędności, nie wiem też, w jakim stopniu uderza on w inne dzielnice (jest ich w Oslo 15), widzę jednak, co się dzieje w naszej - tej, w której pracuję. to dzielnica imigrancka, najbardziej wysunięta na wschód. a podział na białe, bogate, norweskie zachodnie Oslo i kolorowe, międzykulturowe, zmagające się z ubóstwem wschodnie Oslo ma się tutaj przerażająco dobrze. fakt, że dzielnica jest imigrancka, oznacza, że do przedszkoli chodzą dzieci z ponad 130 krajów. czujecie? 130! z tego, co się orientuję, w żadnym z nich norweski nie jest językiem urzędowym, więc bardzo często dzieci wchodzą do przedszkola (w wieku 1,2,3 lat) bez znajomości języka. jednym nauka idzie lepiej, innym gorzej. jeden mają zasoby w rodzinie, wsparcie, starsze rodzeństwo, inne - nie. zdarza się, że w przedszkolu na grupę 18 dzieci tylko dla dwojga, trojga język norweski jest językiem ojczystym. a zatem - poza tym, że dzieci rozwijają w przedszkolu umiejętności społeczne, samodzielność, bawią się, słuchają bajek, poznają norweską i inne kultury, wykonują aktywności fizyczne, rozmawiają o otaczającym świecie, zwierzętach, roślinach, zdrowym jedzeniu... większość z nich musi wykonać jeszcze potężną robotę związaną z nauką języka obcego. duża grupa nie może rozmawiać o tych wszystkich rzeczach, albo tylko na bardzo podstawowym poziomie, bo po prostu nie wie, co się dzieje, nie dysponuje podstawowym narzędziem.
 
dodatkowo część dzieci przychodzi do przedszkola ze swoimi indywidualnymi trudnościami - zaburzenia lękowe, spektrum autyzmu, mutyzm wybiórczy, opóźnienia rozwojowe, trauma i molestowanie seksualne, opóźnienia w rozwoju społecznym, opóźnienia w rozwoju językowym. i z nimi pracujemy my - pedagożki i pedagodzy wspierający, pedagożki specjalne, jeśli w grę wchodzi język, także pedagożki językowe. 

ponad 30% dzieci, którym udzielamy wsparcia, to dzieci ze spektrum autyzmu. najczęściej zdiagnozowany autyzm wczesnodziecięcy (wg starej nomenklatury). to oznacza, że te dzieci potrzebują wsparcia dorosłej osoby właściwie przez cały czas funkcjonowania w przedszkolu. najczęściej przyznaje się im ok. 20 godzin wsparcia, w pozostałym czasie zajmuje się nimi jedna z osób pracujących w ich grupie. prawda jest taka, że ci dorośli mają pod opieką kilkanaścioro innych dzieci oraz milion rzeczy do zrobienia w ramach tak zwanego zwykłego dnia. więc muszą coś albo kogoś odpuścić. a "nasze" dzieci są różne. znam takie, które siedzą w tym czasie na kanapie i właściwie nic nie robią. takie, które są cały czas w ruchu, i jakoś stymulują się same, znajdując różne zajęcia, zupełnie nie widzą innych dzieci, czasem łapią kontakt z dorosłymi. takie, które cały czas wieją z różnych pomieszczeń i zwiedzają świat. takie, które podchodzą do innych dzieci i boleśnie szczypią je w policzki albo niszczą budowle, wieże, tory, domki, koraliki, wszystko, co się nawinie. słyszałam o takich, które są bardzo agresywne wobec innych dzieci lub mają zachowania autoagresywne (np. uderzają głową w ścianę). tych trzeba pilnować na okrągło, przy czym często to jest pilnowanie właśnie, nie mylić z jakąkolwiek pracą pedagogiczną. a oni i one potrzebują czegoś więcej. co zapewniają ci specjalni dorośli. chodzą słuchy, że zdarzają się przypadki przeprowadzek do naszej dzielnicy, bo poszła fama, że dzieci z diagnozą spektrum autyzmu dostają super wsparcie.

no i tym wszystkim dzieciom właśnie postanowiono odebrać część wsparcia. odebrać część dorosłych. zrzucić na pozostałych dorosłych, będących stałymi pracowni(cz)kami, konieczność podołania zapotrzebowaniu, decyzjom i prawu. zrzucić na zespół - szefową i czworo pedagożek/ów specjalnych odpowiedzialność za wymyślenie, jakim cudem cudownie pomnożyć zasoby ludzkie mając obcięte zasoby finansowe. chodzą słuchy o grupowych zajęciach - np. 10 dzieci i 3 dorosłych. nie do wyobrażenia w wielu przypadkach. będzie to dla większości tych dzieci wielkie ZERO korzyści z tego typu wsparcia. 

no więc tak jest również tutaj, w Norwegii. dostałam info, że pracuję do końca marca 2019 (3 miesiące ekstra, bo mam rodzinę, bla bla bla). mam teraz pod opieką troje dzieci, dwoje z nich ma takie szczęście, że dzielę pracę z nimi z inną osobą, która zostaje. ale trzeci chłopiec, wymagający bardzo dużo pracy, indywidualnych zajęć, budowania wspólnej uwagi, kontaktu wzrokowego, bycia razem... on straci obie osoby, które z nim pracują. bo komuś było za drogo. 

nie potrafię ogarnąć kontekstu politycznego takich ruchów, zarówno na poziomie kraju, jak i miasta czy dzielnicy. za mało czasu, za słabo ciągle znam język, żeby swobodnie i szybko czytać gazety, za bardzo absorbują mnie życie, a w przerwach interesujące mnie tematy. wiem, że obcięto etaty doradczyniom rodzinnym, pedagożkom językowym i osobom ogarniającym klub dla młodzieży. i chce mi się płakać. 

a na marginesie, napisałam wyżej, że trzeci kontrakt - tutaj takie tymczasowe umowy można dawać nawet przez 3 lata, i potem trzeba dać stałą. wiecie, jaka jest polityka instytucji miejskich? rezygnować z osób (np. pracujących na zastępstwa w przedszkolach), po ok 2,5 roku, zabraniać przedszkolom zamawiania ich (choć znają przedszkole, dizeci, rodziców, rutyny itp.), żeby nie trzeba było ich zatrudnić na stałe. ohyda. 

taka to nieidealna, choć wyidealizowana Norwegia. 





wtorek, 13 listopada 2018

gdzie jest baranek?


to o wieczornym życiu z moimi dziećmi. nie mam jednej polskiej litery, sorry...

dzieci bardzo niewyspane, bo szalały długo poprzedniego dnia, nie mogłam ich zwlec, więc liczę na szybkie odpadnięcie, a nowe odcinki "House of cards" majaczą w oddali.

dla porządku dodam, że w chwili, gdy to piszę, dziecko starsze ma lat 9,5, a dziecko młodsze - 3,5.

po odebraniu z przedszkola, wizycie w szkole (gdzie próbowałam odebrać, ale dziecka nie było, bo przecież w poniedziałki trening), odebraniu z treningu, zakupach spożywczych, zakupach odblasków, po ciemku oglądaniu wody w lokalnym jeziorku (bo napadało, i wszystko wokół zalane, podjarka, no i można poświecić nowymi lampkami/odblaskami), dowiezieniu do domu, nakarmieniu, wyprysznicowaniu, dzieci są o 20 gotowe do spania. o 20! są w łóżkach, mają umyte zęby, czujecie?


ale... nie chwal dnia przed zachodem słońca.

ponieważ jestem sama na chacie (sama, jassssne, jedyna dorosła, chciałam powiedzieć), a z bilokacją wciąż problemy, obmyślam, jakby tu obdzielić uwagą dwoje dzieci w dwóch różnych pokojach.

20:10 puszczam bajkę do słuchania dziecku młodszemu.
20:12 zaczynam czytać Baśnie braci Grimm dziecku starszemu (przywiozłam moje książki z dzieciństwa, wyproszone dwa tomiszcza, kosztowały 36.000 złotych. dziecko się jara, bo tam ciągle wszyscy umierają).
20:20 przychodzi dziecko młodsze, że ono nie chce tej bajki oraz się boi. dziecko starsze mi tłumaczy, czego w bajce boi się młodsze, mówię że może z nami młodsze posiedzieć i posłuchać, ale nie chce, to mówię, że zaraz przyjdę, ale nie, to mówię, że zmienię bajkę - nie, zatrzymam - nie. dziecko starsze dopowiada, że przecież mama była pierwsza u niego, i że musi tutaj czytać, buzia młodszego się wykrzywia, czuję, jak ciśnienie mi rośnie, a skóra na karku cierpnie. tymczasem dziecko starsze "jatylkoniosępomoc" biegnie zatrzymać bajkę, co powoduje niewiarygodny lament, podnoszę głos, trochę z nerwów, trochę żeby przekrzyczeć, że niech on jednak włączy tę bajkę, i niech ona sobie tam leci, starsze biega, młodsze płacze, cyrk.

20:30 dziecko starsze wspaniałomyślnie mówi "to idź, mamo, najpierw do niej, ja poczekam". zapomniało dodać, że przyjdzie tam za mną i nie będzie chciało wyjść, ale co tam.

20:35 szukamy nowej bajki, ale wszystko nie, dziecko starsze pokłada się na małym łóżku młodszego, lament, kopanina, ryki. proszę, żeby starsze poczekało u siebie, ale nie, bo ja chcę być z wami, proszę wielokrotnie, pokazuję, że to będzie trudne, i będzie dłużej trwało, aż tu nagle dziecko młodsze "mamo, a gdzie jest mój baranek? ja nie mogę spać bez baaaaraaaanka". o co chodzi z barankiem, jakoś specjalnie nigdy go nie lubiła, a tu masakra, i wstążeczka baranka jest, a baranka nie ma. ma 10 cm oczywiście, żeby nie było.

20:50 chata przeszukana, baranka nie ma, bajka niewybrana, dzieci się kotłują, głośno wyrażając swoje potrzeby, zwłaszcza te wykluczające się nawzajem. powtarzam, że jestem jedna, i chce mi się płakać. właściwie to już płaczę, więc zamykam się na chwilę w pokoju. po 15 sekundach wchodzi dziecko młodsze i płacze, bo się przestraszyło, więc już mam wyrzuty sumienia i jestem najgorszą matką świata, wiadomo. nie ja jedna, co nie?

20:55 wracam do pokoju dziecka młodszego, wybieram bajkę, wybieramy zastępstwo dla baranka. starszemu proponuję, że szybko kupię audiobooka z kolejną częścią Narnii, to może będzie łatwiej poczekać na mnie we własnym łóżku. super, chętnie, tylko że chyba skończyły się pieniądze na koncie (spoko, już 12., jakoś dam radę do 27.), w każdym razie nie da się kupić. grzebię więc w kompie, gdzie parę audiobooków, może jakieś "tak" padnie? Tak! tak!!! mity greckie dla dzieci, to bardzo ciekawe, mamo. zajebiście, mity on, wracam do smoka Alberta, uspokajam się, dzieci się uspokajają.

21:10 młodsze dziecko zasypia, mogę już spokojnie... położyć się przy starszym.

21:12 faktycznie, fajne te mity.

21:13 zasypiam w łóżku dziecka starszego.

23:20 budzi mnie pan ojciec, który właśnie wraca z pracy. podnoszę się ostrożnie, żeby nie obudzić dziecka, ono się w międzyczasie obróciło do góry nogami, więc nie od razu widzę, że ... ono nie śpi!!!!! słucha mitów!!! matkojedynaajapier... więc dosłuchujemy do końca bieżący mit, wyłączam, leżę, dziecko zasypia. wywieszam pranie, piorę kąpielówki, bo jutro basen, siebie nie piorę, bo już nie mam siły.

23:50 siadamy na kanapie, opowiadam o naszym wspaniałym wieczorze, i kiedy mówię "i wiesz, ona mnie pyta, gdzie jest, kur..., baranek?!", mój wzrok pada na małą białą pluszową łapkę, wystającą z letniego kapelusza, leżącego na środku salonu. Baranek!!!